Prolog

– Halo? – powiedziała przykładając telefon komórkowy do ucha – No, już doleciałam, cała i zdrowa! – dodała z uśmiechem na ustach, choć powoli zaczynała odczuwać zmęczenie podróżą. Jeszcze przez chwilę wsłuchiwała się w słowa matki, która gdzieś po drugiej stronie kontynentu nieudolnie próbowała pohamować łzy, po czym po stokroć zapewniając, że wszystko będzie OK, rozłączyła się.

Rozejrzała się dookoła. Minęła wyjście z napisem ARRIVALS i znalazła się na głównym holu terminalu trzeciego, lotniska Manchester w północno – zachodniej Anglii. Po raz pierwszy w życiu wyjechała tak daleko od domu, do zupełnie obcego kraju i kompletnie nie wiedziała, czego się spodziewać. Niby wszystko miała zaplanowane, przygotowane, ale życie nie raz jej pokazało, że częściej wszystko układa się dokładnie odwrotnie, niż byśmy sobie tego życzyli. Przeczytała wszystkie możliwe poradniki, co, gdzie i jak załatwić, zanotowała wszystkie ważne  telefony i adresy, jeszcze będąc w Polsce wynajęła pokój poprzez Internet, wydrukowała skrzętnie opracowanie cv w języku angielskim. Wydawać by się mogło, że nic nie może jej zaskoczyć.

Z tylnej kieszeni wypłowiałych dżinsów wyjęła małą, równo poskładaną karteczkę. Widniał na niej numer telefonu niejakiego Tomka Bosackiego oraz adres domu, w którym miała wynajmować jednoosobowy pokój w całkiem przyzwoitej cenie – „116 Greenbrow Road, może to gdzieś przy parku” – pomyślała. Minęła główne wyjście z terminalu i rozejrzała się w poszukiwaniu postoju taksówek. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że powietrze ma tutaj zupełnie inną konsystencję. Sprawia wrażenie cięższego, gęstszego, jakby oddychanie wymagało od niej większego wysiłku niż wcześniej. I ten wszechobecny zapach wilgoci, jakby wszystko dookoła pokryte byłą niewidoczną pleśnią. „To chyba prawda, że deszcz nigdy nie przestaje tu padać” – dodała w myślach, osłaniając dłonią oczy przed spadającymi kroplami deszczu.

***

– Are you sure? – ponowił pytanie kierowca. Był drobnej budowy ciała, a jego krótko przystrzyżone kruczoczarne włosy, współgrały z ciemnymi, głęboko osadzonymi oczami. Biała, niedopięta na ostatni guzik koszula kontrastowała z ciemniejszym odcieniem karnacji. Jego melodyjny akcent wydał się jej całkiem zabawny, choć była przekonana, że jej łamana angielszczyzna musiała brzmieć dużo śmieszniej. Dwudziestokilkuletni mężczyzna, z pochodzenia prawdopodobnie Pakistańczyk, nie był jednak rozbawiony, za to z troską w głosie pytał, czy aby na pewno to jest jej miejsce docelowe.

Skinęła głową, wręczyła mu banknot dziesięciofuntowy i z pogodnym uśmiechem wysiadła z samochodu. Taksówka odjechała i po kilku chwilach zniknęła z jej pola widzenia.

Greenbrow Road” dumnie głosiła tabliczka przytwierdzona do bocznej ściany ceglastego domu. Wszystkie domy na tej ulicy miały jeden i ten sam kolor – czerwono-brązowej cegły. Jedyne, co je od siebie odróżniało, to ich numery.

Magda spojrzała jeszcze raz na wymiętą kartkę papieru, a potem na dom, przed którym stała. 116 Greenbrow Road. Przez zasłonięte żaluzjami okna przebijało się słabe światło. Co prawda słońce chyliło się już ku zachodowi, ale była w stanie dostrzec uszkodzoną furtkę i poważnie wybrakowane ogrodzenie. Ogród też pozostawiał wiele do życzenia. Wszędzie porozrzucane były zniszczone i połamane zabawki, pomiędzy którymi walały się fragmenty drewnianego płotu, a kosze na śmieci z pewnością nie były opróżniane przez dłuższy czas. Niepewnie podeszła do furtki, która targana wiatrem rytmicznie uderzała w słupek. Nagle drzwi wejściowe otwarły się z hukiem i niemal wypadła przez nie ogromna postać. Magda cofnęła się.

– What the fuck! – krzyknęła otyła kobieta ledwo utrzymując równowagę – You are fucking twat! You’ve lied to me you fuckin’ cunt! – odgrażała się palcem w kierunku młodego chłopaka, który w przedpokoju palił papierosa, opierając się o balustradę schodów. Jego twarz miała zupełnie obojętny wyraz. Kobieta odwróciła się w kierunku ulicy. Zobaczyła Magdę:

– What are you starring at fuckin’ bitch? – krzyknęła wyzywająco.

Dziewczyna oszołomiona sytuacją skuliła się w sobie, po czym odwróciła na pięcie i czym prędzej ruszyła przed siebie. „To musi być jakaś pomyłka! Musiałam pomylić numery domów” – pomyślała – „Muszę zadzwonić do Tomka, zaraz, zaraz, gdzie ten numer?” – ręce trzęsły się jej ze strachu. Po chwili, która wydawała się jej wiecznością, wystukała na ekranie smartfona numer telefonu do Bosackiego i przyłożyła słuchawkę do ucha:

– The number you have called is no longer available – powiedziała automatyczna sekretarka. „The number you have called is no longer available” – w jej głowie rozbrzmiewało to zdanie niczym echo. Jak to możliwe? Zły adres? Zły numer telefonu? Co teraz ze mną będzie?” – zadawała sobie pytania w myślach. Czuła, jak jej oczy robią się nabrzmiałe od łez, serce łomotało w przerażającym tempie, nogi się jej ugięły jak z waty. „Co teraz?”

 

EmiGratka


© WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
CAŁOŚĆ JAK I ŻADNA CZĘŚĆ UTWORÓW NA EMIGRATKA.COM NIE MOŻE BYĆ ROZPOWSZECHNIANA W JAKIEJKOLWIEK FORMIE I SPOSÓB BEZ ZGODY REDAKCJI EMIGRATKA.COM. WOBEC OSÓB ŁAMIĄCYCH PRAWO, PODJĘTE ZOSTANĄ WSZELKIE DZIAŁANIA PRAWNE, CELEM DOCHODZENIA ROSZCZEŃ FINANSOWYCH.